piątek, 2 czerwca 2017

Koniec cierpliwości.

Pewne rzeczy stały się dla mnie oczywiste. To nie jest wygodne, bo tym samym zapomniałam jakie problemy mają ludzie w podejściu do osób z niepełnosprawnością.
Moja drużyna jest sytuacją oczywistą. Mamy 11 harcerzy, szkoła specjalna, mamy sprawdzone sposoby działania, podejmujemy nowe wyzwania. Niestety zapomniałam jakie uczucia przeżywają osoby, które zetknęły się z niepełnosprawnością po raz pierwszy. Zapomniałam dlaczego zachowują się tak a nie inaczej, i chodzi mi o pamięć emocjonalną. Kiedyś dziwne zachowania tych neurotypowych osób były dla mnie zrozumiałe i miałam większą tolerancję w stosunku do nich. Teraz mnie ostro wpieniają, nawet jeżeli robią głupoty mimo najlepszych chęci.
W tym całym procesie integracji społecznej to nie praca z moimi harcerzami jest trudna. W porównaniu do pracy ze środowiskiem to bułka z masłem... I nie chodzi o nakład pracy, organizację, konkretne działanie. Chodzi o tę frustrację, brak cierpliwości. Nic tylko zakryć uszy, krzyczć i tupać nogami. Dlaczego świat jest taki dziwny???

czwartek, 13 kwietnia 2017

Obóz harcerski 2016

A było tak...


Byliśmy z Szarakami na obozie, w lipcu 2016 roku.
Pojechaliśmy na obóz do lasu, taki z namiotami i bez budynku z prysznicami. Mieliśmy zbudowany przez kwaterkę piec w kuchni, myliśmy się w miskach, pływaliśmy w jeziorze, zbudowaliśmy sobie latrynę.

Oficjalne otwarcie 

Zgrupowanie było na ponad setkę osób, kilka podobozów, dwie kolonie zuchowe. Nasz podobóz liczył  8 osób w pierwszym tygodniu (trzy osoby kadry, dwoje małych dzieci, troje harcerzy) i 6 osób w drugim tygodniu (dwie osoby kadry, jedno małe dziecko, troje harcerzy). Funkcję komendantki pełniłam ja, groźnym-oboźnym był Łukasz, funkcyjną programową Monika. A harcerze kolejno zmieniali się na funkcjach: sanitariusza, nawigatora i kronikarza (zmiana co dwa dni na apelu, za dobrze wykonaną funkcję była odpowiednia sprawność). 



Szaraki pojechały na taki obóz do lasu po raz pierwszy. Spakowały plecaki, zabrały śpiwory, karimaty, kurtki nieprzemakalne, wszystko, co znajdziecie na liście obozej. Zabrały też autyzm, który jeździ z nimi na wszystkie wyjazdy harcerskie, uczestniczy z nimi w zbiórkach, w domu, w szkole, cały czas.
 Rozbiliśmy namioty i postawiliśmy piękny podobóz. 


W takim składzie i z takim ekwipunkiem spędziliśmy pod namiotami w lesie dwa, niezapomniane, lipcowe tygodnie.
W jednym namiocie mieszkał trzyosobowy zastęp "Strażnicy Mchu". W drugim mieszkała kadra "Mędrcy Darni". W trzecim mieliśmy programówkę i świetlicę. A nasz podobóz nazywał się "Anomodon". 

 Wieszamy szyld na bramie do podobozu!

Jak wyglądał dzień? 


Pobudka, gimnastyka, przygotowanie do śniadania i mycia zębów, wyprawa nad jezioro po wodę, mycie zębów, kolejka po herbatę i koszyczek., kanapki z dżemem i pasztetem.
Przygotowanie do apelu, porządki, apel, rozmundurowanie.
Zajęcia poranne, kąpiel w jeziorze.
Przygotowanie do obiadu, mycie rąk, kolejka po obiad, mycie menażek, nie nad balią tylko obok!, leżenie bykiem. 


Droga do kuchni
 

 stołówka

Zajęcia popołudniowe.
Przygotowanie do kolacji, ręce, kolejka po herbatę, kanapki z pasztetem i dżemem.
Zęby, zabrałeś pastę? O, zapomniałem. Dobra, to ci pożyczę.
Przygotowanie do zajęć wieczornych, kominek przy świeczkach albo ognisko, wypełnianie kroniki - Księgi Druidów, zapisanie obserwacji lasu. 
Czytanie legend, latarki, piżamy i spanie. Cisza nocna!

 Pranie, wędrówki, gry terenowe, pierwsza pomoc, orientacja w terenie, za dużo keczupu na kanapce, gotowanie w kuchni, zbieranie chrustu, kuchnia polowa...

 Nocne planszówki


 Pionierka

 Festiwal 

 Rozgrzewka poranna

budowa kuchni polowej 

 Podpłomyk!


budowa urządzeń obozowych


Nieprzetarty Szlak ZHP w lesie? DA SIĘ.

Co nam pomogło?
Gotowość na wszystko. Nastawienie, że wszystko może się wydarzyć. Przekonanie, że nie musimy działać za wszelką cenę. Świadomość celu i dostosowanie działań do sytuacji, potrzeb, możliwości. Elastyczność. 
W czasie gry terenowej.

Kadra zgrupowania. Ich gotowość do pomocy, otwartość i zaufanie jakim nas obdarzyli. Dzięki temu czuliśmy, że mamy zaplecze, a nie nadzór

 Dzięki!

Las i my. Na chwilę byliśmy wolni! Razem, cały podobóz, podnosiliśmy się na duchu w trudnych chwilach, bawiliśmy się razem i śmialiśmy. Łączyły nas ludzkie relacje w ludzkich sytuacjach.

 Na grę!

My, kadra, sobie nawzajem. Chociaż bywało trudno, chociaż były napięcia, chociaż mieliśmy na barkach odpowiedzialność, w sercach emocje i silne przeżycia, chociaż zdarzały się sytuacje kryzysowe. Jeśli to miała być próba zaufania, to była - ekstremalna i z dumą powiem, że się powiodła. Dziękuję Wam totalnie i najbardziej na świecie :)
Zofia i Łukasz w wersji druid oraz Monika i brama w budowie :)




Opowiem o obozie każdemu kto będzie chciał. Opowiem jako człowiek, który przeżył przygodę, jako wychowawca, jako intruktor NS, jako osoba, która zyskała przyjaciół, z każdego punktu widzenia.
Opowiem też o Szarakach, o środowisku 75, o integracji.
Jestem gotowa rozmawiać, opowiadać i wyjaśniać.
Pytajcie!

Dzięki ekipo!!!

niedziela, 9 kwietnia 2017

Oszaleli!

pixabay.com


Jesteśmy dobrym członkiem społeczeństwa, jeśli przestrzegamy zasad.
Nie jeździć tramwajem na gapę.
Nie wpychać się w kolejkę.
Zakaz gry w piłkę.
Ograniczenie prędkości.
Nie ściągać, nie kopiować i wklejać.
Nie gadać, kiedy ja mówię.
Nie robić tak, bo nie wolno.
Nie ograniczać widoczności.
Nie bić, nie kłócić, nie molestować, nie zadzierać, nie mówić.
Naklejanie ogłoszeń zabronione.
No przecież nie tak!
Bo przyjdzie pan. 

Dobrze, że są, i że pan jest gotowy przyjść w każdej chwili, inaczej nie mogłabym się powstrzymać. 

Zakazy jak kaftan bezpieczeństwa. Gwarantują spokój i kontrolę. Używać wtedy, kiedy ktoś nad sobą nie panuje, kiedy nie chce albo nie potrafi się dostosować.

Nie wiem czy to wolno, wybieram brak inicjatywy. Nie otwierać okien, trudno, to się uduszę.

Dziękuję za zakazy! Dziękuję za "nie!", ratunek, barierę bezpieczeństwa. Nie muszę myśleć jak się zachowywać, jaką być, wystarczy mi, że wiem jaką nie być i jak się nie zachowywać. 
Jest prosto, jest jasno i konkretnie.

Zakaz poranny, zakaz od święta i w dzień powszedni. Zakaz dla każdej grupy wiekowej, zakaz dla każdego miejsca i dziedziny życia. Zakaz na złe cechy, zakaz na humory, zakaz na papierosy i alkohol dla dzieci. A w innych sytuacjach? Czy Społeczeństwo Stanowiące Zakazy mogło cokolwiek przeoczyć?
Raczej nie. Dobrze, że wiemy jakimi nie być.
A jakimi być? Jak mam się zachować? e... co?



Tylko w harcerstwie przestali stawiać na zakazy. Szaleńcy!
Jak możemy teraz mówić o WYCHOWANIU?! BEZ ZAKAZÓW?!

czwartek, 23 marca 2017

Harcerstwo efektywne.




Lepszy. Tak, od samego siebie.
Oceniać. Tak, swoje możliwości i trudności. Oceniać i doceniać, nauczyć się jak wykorzystać to co w sobie dobre, nauczyć się wyrozumiałości dla samego siebie, a może uda się być wyrozumiałym dla innych.
Świecić przykładem. Być najlepszym jakim się może w danej chwili, wiedząc, że każdy jest najlepszy inaczej. Nie porównywać do swojego poziomu, nie dorównywać do czyjegoś poziomu.
Zamiast spodziewać się, że na drodze do ideału biegniemy w wyścigu - zrozumieć, że to raczej maraton, w którym nie liczy się zajęte miejsce ale suma kroków postawionych przez wszystkich zawodników.
Ta suma to efekt harcerstwa. Zmiana dla świata, zamiast zmiany świata.

czwartek, 15 września 2016

Tradycja

Oglądałam ostatnio Pingwiny z Madagaskaru, serial.

Scena, która mnie poruszyła i od razu skłoniła do rozważań nad podejściem do kwestii okołoharcerskich:
Małpy prowadzą obrady zwierząt w zoo. Wyczytują listę rzeczy których nie powinno robić się wobec zwiedzających, np. zdejmować im czapek z głów. I nagle jedna małpa mówi coś na migi, a druga jej odpowiada: Ale czy możemy rzucać w ludzi łajnem? Oczywiście, przecież to TRADYCJA! 


tadaaaaaaaaaaaam!

pixabay.com

środa, 7 września 2016

I ty możesz być specjalistą.

Jutro mam obronę. Więc powtarzam i trafiam na to:

"Wszystkie etapy procesu rehabilitacji mogą być realizowane tylko przez grupę przygotowanych specjalistów, tworzących interdyscyplinarny zespół, którego skład zależy od programu usprawniania, jaki zostaje opracowany indywidualnie dla określonej osoby." 

Zgoda, bardzo ładne i mądre. 
I tutaj, z dobrego toru powtarzania fachowej wiedzy w oczekiwaniu i przygotowaniu na ten niezwykle ważny moment jakim jest ukończenie studiów, znowu pomyślałam o moich harcerzach Nieprzetartego Szlaku. Na obozie jeden z nich towarzyszył Wojtkowi w zabawie w piaskownicy, ale sam nie budował niczego z piasku, raczej obserwował las, albo raczej patrzył w przestrzeń, jakby obecny tylko ciałem. Następnego dnia znowu widziałam go przy piaskownicy, wygładzał zamek z piasku. Nie była to okazała forteca, bardziej przypominała bunkier z anteną (kopczyk z patykiem), ale był. I była to pierwsza, spontaniczna budowla w ciągu obozu. Rozwiązanie zagadki jest takie: Pomiędzy dniem poprzednim a budową, w naszym podobozie pojawiły się zuchy. Bawiły się z Wojtkiem w towarzystwie harcerzy i stawiały właśnie takie bunkropodobne zameczki. Dziękuję Zuchy, że pomimo braku specjalistycznego przygotowania, w zupełnie nieświadomy sposób, jako przypadkowo dobrany zespół nieintencjonalnie wpłynęłyście na harcerza z mojej drużyny. Już nie patrzył w przestrzeń przy piaskownicy, tylko budował zamki. 

pixabay.com

środa, 3 sierpnia 2016

Syrenka

Bohater drużyny - warto? Jak tak to jaki?

Byłam dzisiaj z moją znajomą-harcerką i naszymi dziećmi na cmentarzu, odwiedziłyśmy grób Krysi Krahelskiej. Znajoma była kiedyś moją drużynową, a Krysia bohaterką naszej drużyny. Zostawiłyśmy na grobie słoneczniki i znicz, a w drodze powrotnej rozmawiałyśmy o bohaterach. Ostatnio myślę o tym kim są dla nas, harcerzy, bohaterowie. Może te myśli obudziły się w związku z frustracją spowodowaną wydarzeniami w trakcie obchodów 1 sierpnia w Warszawie. Może dlatego, że moja drużyna nie ma jeszcze swojego bohatera...
Ja o bohaterce starej drużyny myślę często.



Warszawiacy mogą być spokojni o swoje miasto. W Wiśle mieszka Syrenka, uzbrojona w miecz i tarczę, by w razie potrzeby bronić Warszawę przez złem.
Na Powiślu, przy brzegu rzeki stoi pomnik naszej strażniczki - syrenki, do którego pozowała Krystyna Krahelska.

- źródło pixabay

Bohaterka naszej drużyny pisała wiersze i piosenki. "Hej, chłopcy, bagnet na broń" śpiewało się na początku każdej zbiórki. Była etnografką i harcerką. W drużynie dowiedziałam się czym jest etnografia, udawało nam się nawet podejmować etnograficzne działania - na zbiórkach, biwakach, zwiadach, obozach - było odkrywanie, poznawanie, badanie, obcowanie z kulturą. Kultura Łemków, Warszawska Odznaka Krajoznawcza, symbol syrenki na plakietce drużyny, Kujawiaczek, Muzeum Etnograficzne w Warszawie, Powstanie Warszawskie. Wszystko grało - nazwa drużyny, obrzędowość, bohater. Krysia jest w pamięci - mojej i dziewczyn z drużyny i gdzieś, w pewnym momencie, ukształtowała część tego kim jesteśmy.
Po śmierci Krysia została odznaczona Krzyżem Walecznych. Zginęła drugiego dnia Powstania, w czasie służby, jako sanitariuszka.




Bohater drużyny - warto.
 Jaki? Bliski.
 Taki, którego możemy odnaleźć, do którego da się dotrzeć, związany w jakiś sposób z naszą rzeczywistością. Im prostszy, tym bliższy będzie harcerzom. Taki, którego da się naśladować, może niekoniecznie na froncie wojny, na czele armii, konno i z szablą w ręku? Przynajmniej tak wynika z moich obserwacji - bliscy harcerzom są bohaterowie o których możemy powiedzieć "zwykły człowiek, który w trudnych okolicznościach postępował jak bohater". 

sobota, 30 lipca 2016

Dzikie Dziecko Lasu

Dzisiaj wyniki testu! Jakie są efekty pobytu 1,5-rocznego dziecka na obozie w lesie? 

Zyskuje ono nowy status: Dzikie Dziecko Lasu.



Oto co się stało, w roli głównej mój syn, Dzikie Dziecko Lasu.

1. Zapchał sedes ubraniami z kosza na pranie. Bo w pralce skończyło się miejsce.

2. Biegł kąpać się z kaczkami w Łazienkach Królewskich.

3. W parku nie chodzi po alejkach, ale po trawie. Najchętniej przeciska się przez przystrzyżony żywopłot.

4. Napada zraszacze.

5. Na działce wlazł w ubraniu do wiadra z wodą do podlewania kwiatków.

6. Podnosi z ziemi i ogląda wszystkie patyki, jakie znajdzie na swojej drodze.

7. Najchętniej żywi się dżemem.

8. Jak widzi ogień to chce dokładać patyki.

9. POKAZUJE JAK SIĘ TAŃCZY DISCO.





Ogólnie polecam :)

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Kult (nie)jedzenia.

Do napisania tego tekstu zbierałam się od Bożego Narodzenia. Potem planowałam to zrobić na Wielkanoc. Ale czasu było mało a do pisania nie po drodze. Ciąża, dzieciństwo, obóz. I zaglądanie do talerza. Trochę bardziej psychologicznie i jako rodzic, ale o obozie trochę też. Jedzenie jest ważne.


1.Ciąża.
„Ooo, który to miesiąc? To masz duży brzuch! Będą bliźniaki?”

Całe to gadanie o wadze zaczyna się już w ciąży. Po pierwsze od lekarzy i pielęgniarek, którzy na każdej wizycie wpisują w kartę ciąży ile pacjentka waży. Jak się kilogramy nie zgadzają to od razu, że za dużo, za mało, trzeba jeść więcej, jeść mniej. Śmieszne kalkulatory w sieci pokazują odpowiednią wagę co do dekagrama. Wydaje mi się, że jeżeli kobieta nie trenuje sportów z kategoriami wagowymi albo nie ma zaburzeń odżywiania to nie wie ile waży co do grama. Ba, czasami wie że coś między 60 a 65, ale dokładnie to nie ważyła się od pięciu lat.
Po drugie komentarze znajomych i rodziny, które bywają jeszcze gorsze. Wielkość brzucha nie zawsze odpowiada wielkości dziecka. Jeżeli mięśnie brzucha u kobiety są mocne to ciąża jest słabiej widoczna. A komentarze, że wygląda się na 5 miesiąc będąc w 8 ( słyszałam!) albo na bliźniaki będąc w 7 wcale nie są miłe. Dla rozchwianej hormonami kobiety intencja się nie liczy. Takie słowa najczęściej padają z ust osób niedzieciatych, których wyobrażenie o ciąży jest stworzone przez siostry, ciotki, telewizje i plotki. Są też komentarze od osób, które dziecko rodziły 20+ lat temu i mało co pamiętają, ale na pewno było inaczej. Dotrwanie do końca ciąży bez pytań o wagę jest praktycznie niemożliwe. 


2. Karmienie i rozszerzanie diety.
„Ooo, a on jeszcze tego nie je?” vs „Jak możesz mu to dawać?!”

O tym jak powinno się karmić i kiedy rozszerzać dietę pisać nie będę, bo nie o to chodzi. Każdy ma jakąś teorię i pomysł. Matka, ojciec, babcia, sąsiadka, pani w mięsnym, lekarze dla dorosłych (tu głównie króluje: po co pani jeszcze karmi piersią?), pediatrzy a nawet kolega ciotki z pracy. I jak tu nie oszaleć? Przyjmujemy sobie jakiś punkt X od którego będziemy rozszerzać dietę. Mniej więcej od 3 miesiąca życia dziecka mogą pojawić się komentarze o soczku, wodzie z glukozą, kaszce na lepszy sen, zupkach, owocach, warzywach, słoiczkach, mięsku, rosołku, flaczkach i czekoladzie. Z tygodnia na tydzień jest coraz więcej takich tekstów, coraz bardziej denerwujących. Dziecko, przyjmijmy, sobie przybiera w swoim tempie, pije sobie mleko (jeżeli pije z piersi to sobie spokojnie pije, jeżeli pije modyfikowane to wszyscy się pytają ile mililitrów i dlaczego tak mało/dużo. Jako ciekawostkę powiem, że dokarmiane dziecko w szpitalu dostaje każdego dnia o 10ml więcej. Żołądek dziecka tak szybko nie rośnie...) Zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że dziecko wygląda za grubo albo za chudo. Dziecka na piersi nie da się zatuczyć a zdrowe dziecko się nie zagłodzi, jak jest szczupłe to taka jego uroda. Wspaniałym przykładem są dwa urocze chłopaki: mój syn, zawsze w dole siatek centylowych; syn Zosi  na pół roku ważył tyle co Staś na rok. Obaj zdrowi, żadnych problemów związanych z przegłodzeniem/wychudzeniem. A wielkościowo jak ogień i woda.
 Dobra, zaczynamy rozszerzać dietę.W sieci można znaleźć bardzo dużo pytań o to ile zjada dziecko w konkretnym wieku i ile posiłków. Logika podpowiada, że zjada ile chce, bo ma naturalnie wykształcone mechanizmy i (jeszcze raz powtarzam) zdrowe dziecko się nie zagłodzi. Ale ogólny kult jedzenia (dużo jedzenia = dobrobyt) sprawia, że całe rodziny stają nad dzieckiem i wmuszają w nie kolejną łyżeczkę, zabawiając albo (najgorzej!) puszczając baję w telewizji.
Wspomniałam na początku, że chciałam napisać ten tekst przy okazji świąt. Z jednej strony tego dnia spotykamy się z rodziną, którą widujemy rzadko i pojawia się dużo komentarzy odnośnie wszystkiego, z drugiej strony ogóle obżarstwo sprawia, że tracimy sens świąt i nadrzędne staje się dla nas ugotowanie miliona przysmaków a potem zjedzenie wszystkiego, bo przecież się zmarnuje. Jak ktoś się nie przeje w święta to znaczy, że beznadziejnie spędził czas. Przywodzi mi to na myśl antyczne sympozjony. Ludzie jedli do porzygu a potem znowu jedli i znowu wymiotowali. Ach te wspaniałe zabawy...
Dieta małego dziecka ma bardzo duży wpływ na to, co dziecko będzie później jadło. Czy będzie obierało pomidory a może jadło żyłki z mięsa? Czy będzie wolało warzywa czy owoce? Czy będzie lubiło zwykłą, niegazowaną wodę? Ile posiłków będzie jadło? I chyba najważniejsze: czy będzie umiało ocenić ile zje i ewentualnie powiedzieć STOP jeżeli nie będzie mogło już zmieścić?
To chyba nie dieta jest obecnie największym problemem dzieci, bo nie ma dziecka, które jadłoby tylko czekoladę. Ale mało jest osób, które potrafi zjeść tyle ile potrzebuje. Uczucie sytości jest całkowicie zagłuszane przez niezostawianie resztek na talerzu. Nie twierdzę, że trzeba marnować jedzenie, ale osoba która umie nie zjeść za dużo umie najczęściej ocenić ile zje.
Jemy szybko, jemy w biegu, jemy tyle ile nam nałożą na mieście. A potem powielamy te zachowania u naszych dzieci.


3.Szkoła i obóz.
„Zjedz wszystko co masz na talerzu/w menażce.”

I przechodzimy do części, która może zainteresować więcej osób. Żywienie zbiorowe. Obóz. Trudna sprawa, pomijając to, że powinno być smaczne to musi być jeszcze w miarę zdrowe. To wędrownik może wyżyć na pasztecie i paprykarzu (PAPRYKARZ GÓRĄ, PASZTET KANAŁAMI!!!) a nie harcerz. Mamy jadłospis, cztery albo czasami i pięć posiłków dziennie, soczek, herbatę, wodę.
I beczkę na resztki. Albo może jej nie mamy? Musze powiedzieć, że na moim pierwszym obozie nie było beczki na resztki i jakoś żyliśmy. Ale wtedy wszyscy pilnowali aby kuchnia nie nałożyła więcej niż ktoś chciał. Ja raz musiałam na siłę dojadać (grubo pokrojoną cebulę z zupy, trochę trauma). Na kolejnym obozie pojawiły się miejsca, do których można niedojedzone zostawić. Niestety nie było tak, że kilka osób wyrzucało resztkę tylko harcerze wywalali po pół menażki, bo tak im kuchnia nałożyła. Bo wszyscy przestali pilnować ile nakładają. No tyle aby starczyło dla wszystkich, ale też żeby nie zostało, bo trzeba potem przerzucać i myć kolejny gar i tyle roboty. Niestety kadra mało może zrobić w tej kwestii, bo jak dziecko nie jest głodne to siedzenie nad nim od obiadu do zajęć nic nie da. Większość zachowań jest wyniesiona z domu, za rodziców nikt dziecka nie wychowa. Najlepiej pilnować ile dziecko nakłada, pogadać przed obozem z rodzicami jak często dziecko je w domu. 
Problemem jest też to, że wiek harcerski to wchodzenie w dojrzewanie dla wielu osób. Bardziej widać to u harcerek, które rosną nie tylko wzwyż. Trzeba bacznie obserwować takie dziewczyny, bo dużo zaburzeń odżywiania zaczyna się koło 12 roku życia. Nie chcę teraz zagłębiać się w temat, ale zaburzenia odżywiania to nie tylko anoreksja i bulimia. Jest tego bardzo dużo i zdarza się coraz częściej. Praktycznie od narodzin panuje kontrola wagi i ilości zjedzonego posiłku. Im więcej dziecko je, tym lepiej. Nawet już w szkole, na stołówce, odnoszenie jedzenia na talerzu jest krytykowane często (akurat tu musi być możliwość odniesienia resztek, bo wszystkie porcje są takie same). Pod koniec podstawówki, może bardziej na początku gimnazjum, dzieci są bombardowane są modą, plakatami, filmami, gwiazdami. Pojawia się nie kult jedzenia a kult niejedzenia. Znowu, nie mam zamiaru zagłębiać się w restrykcyjne diety i ćwiczenia, ale to jest coraz większy problem. Tak samo jak ktoś nie miał umiaru w jedzeniu tak nie ma umiaru w ćwiczeniach albo niejedzeniu. Skrajności towarzyszą nam cały czas. Na obozie trudno obserwować każde dziecko pod kątem jedzenia, ale ważne aby dać im dużo czasu na jedzenie, odpoczynek po jedzeniu. W miarę możliwości nie nagradzać tylko słodyczami (we współzawodnictwie). Pilnować zdrowego ruchu, ale dawać czas na odpoczynek. Starać się kształtować dobre i zdrowe nawyki. Może nie zmienimy wszystkich, ale nawet jedna osoba to dużo. Najlepiej robić to na własnym przykładzie, ale często my, dorośli, jesteśmy ofiarami niewłaściwego wychowania pod kątem nawyków żywieniowych oraz ruchowych.

4. Ale nie dajmy się zwariować.
„Olej palmowy? Fuj!”

Specjalnie podałam taki wspaniały przykład. Olej palmowy jest chyba drugi na liście składników naszej wspaniałej nutelli i jej obozowych podróbek na każdą kieszeń. Pierwszy jest oczywiście cukier. Teraz chciałabym trochę zanegować zdrowe odżywianie. Istnieje coś takiego jak ortoreksja. Chorobliwe sprawdzanie składów jedzenia. Rezygnowanie całkowicie z chemii w jedzeniu. Jest to drogie. I jest chorobą. Ortoreksją nie jest jedzenie warzyw do każdego posiłku, ale strach przed zwykłym batonikiem czy vegetą już tak. Nie dajmy się zwariować. Mam wrażenie, że ograniczanie dzieciom słodyczy restrykcyjnie (mówię o ograniczaniu a nie robieniu własnych słodyczy) może spowodować, że kiedy tylko dzieciak znajdzie się w sytuacji, w której może sobie pozwolić, to pozwala sobie bardzo pozwala. Tak samo nie powinno się restrykcyjnie ograniczać jedzenia dziecku. Nawet jeżeli ma nadwagę, to zmiana składników diety i więcej ćwiczeń jest lepszym wyjściem.



I na koniec jeden z moich ulubionych tekstów o jedzeniu: "jesteś tym co jesz, więc nie bądź szybka, prosta ani łatwa" ;) 






poniedziałek, 30 maja 2016

Jaki Nieprzetarty Szlak?

Cztery lata temu założyłam 75 WDHek "ŁOŚ". Zwykłą drużynę harcerek przy podstawówce. Po pół roku drużyna stała się drużyną integracyjną, pojawiły się harcerki ze szkoły specjalnej. Dziś 75 WDH to dwie drużyny, "ŁOŚ" i Nieprzetarty Szlak, tworzące środowisko integracyjne. Mamy też chłopaków, bo obie drużyny zmieniły się w koedukacyjne.
We wtorek przekazałam funkcję drużynowej 75 WDH "ŁOŚ" Hani, która jest świetną dziewczyną i pięknym przykładem tego, że silna wola i praca nad sobą to wszystko czego potrzeba, by stać się szczęśliwym człowiekiem. Teraz obie nosimy granatowy sznur - ona Łosia, a ja NS.



Piszę pracę dyplomową o tym jak stopnie i sprawności harcerskie wpływają na samodzielność harcerzy z niepełnosprawnością intelektualną i autyzmem. Najchętniej opowiadałabym o tym wszystkim, których spotykam, bo sprawa jest świetna i ważna. W sobotę wróciliśmy z biwaku. Było nas 10: sześcioro harcerzy z autyzmem, dwoje niezastąpionych przybocznych, Wojtek i ja. Byliśmy oczywiście na Czubajce (głównie ze względów koncepcyjnych, nawał spraw i poszliśmy na sprawdzone). I teraz proszę o skupienie: Nasi harcerze, którzy codziennie podejmują wyzwania związane ze swoją niepełnosprawnością, podjęli wyzwania na miarę zaprawionego wędrownika. Spali w namiotach. Kąpali się w zimnej rzece. Zbierali chrust i palili ognisko, by ugotować obiad. Przeszli w ciągu tych dni 14 kilometrów, połowę wzdłuż szosy. Podróżowali pociągiem z plecakami. Wrócili umęczeni, szczęśliwi i bogatsi w doświadczenie życia w terenie.

Postanowiłam, że w ramach pozostawiania świata lepszym, postaram się zerwać parę barier, stawianych przez ludzi przed ludźmi. Na szczęście mam świetną ekipę, która mi w tym pomoże ;)

Nie jestem fanem cytatów, ale przypomnę, że ważny człowiek polecił nam byśmy nie czynili skautingu zbyt prostym. Zatem wszystkich instruktorów, którzy ze swoimi drużynami nie byli jeszcze na rajdzie z namiotami, z kociołkiem, zapałkami i puszkami mielonki, serdecznie zachęcam do wyjazdu na trudny biwak. Nie namęczycie się z wymyślaniem skomplikowanych gier, bo przygoda sama w sobie będzie grą i prawdziwą próbą charakterów (w tym waszych:)).









niedziela, 22 maja 2016

Naturalny wychowawca

Nieświadomość procesu naturalnego przygotowania harcerskiego wychowawcy, jest piękna i powinna trwać tak długo jak to możliwe.

Studia pedagogiczne dały mi dużo wiedzy. Praktyki studenckie pozwoliły mi przekonać się, że praca w szkole to nie jest najlepszy pomysł. Wiedza, którą zdobyłam i antywzorce, jakie wciąż obserwuję wśród koleżanek i kolegów ze studiów (brrr!) pomogły i pomagają (chociaż często zaciskam zęby, żeby nie dogadać) mi kształtować swoją postawę jako wychowawcy. Piszę pracę dyplomową na temat związany z metodą harcerską i odkrywam (a może raczej uświadamiam sobie?) jak piękne jest uczenie w działaniu i jak piękna jest naturalność.

Myślę sobie, że bardzo wcześnie uświadamiamy młodą kadrę harcerską o teoretycznych założeniach procesu, którego są odbiorcami. Z drugiej strony doceniam to, jak naturalne jest stawanie się wychowawcą harcerskim. I dostrzegam jak daleko niektórym studentom z mojego wydziału do odpowiedzialnej i radosnej postawy niejednego 12-letniego zastępowego, trochę starszego przybocznego. Dbajmy by ta radość nie zanikła.

poniedziałek, 21 marca 2016

Gawęda o dobrym pracowniku.

  
                                                                           - pixabay.com

   Firma, w której pracował człowiek, była najlepiej prosperującym przedsiębiorstwem w kraju. Miała świetne wyniki, wykwalifikowanych pracowników i dobrze zorganizowany zarząd. 
Człowiek pracował na niskim stanowisku. Kochał swoją pracę i był szczęśliwy, że może pracować w firmie. Miał swój identyfikator, przełożonych, za którymi przepadał i wykonywał proste, rutynowe czynności na swoim stanowisku.  Pracował tak zaciekle, że często kończył pracę przed czasem i wtedy okropnie się nudził. Bardzo pragnął wykorzystać swój czas, być przydatnym dla przedsiębiorstwa, pomagać innym. Nie chodziło o awans, pieniądze czy prestiż. Zwyczajnie czuł, że mógłby pracować więcej dla dobra ogółu. Niestety, wszyscy pracownicy zajęci byli swoimi sprawami, a nawet dziwili się takim zapędom kolegi z pracy. 

Człowiek postanowił udać się bezpośrednio do Dyrektora.
Pierwszego dnia, kiedy skończył pracę, czekał pod gabinetem trzy godziny. Nie udało mu się dostać na rozmowę.
Drugiego dnia, po dwóch godzinach oczekiwania, Dyrektor wyszedł z gabinetu ale nie chciał wysłuchać Człowieka, nie miał na to czasu.
Trzeciego dnia wreszcie się udało. Człowiek stanął przed Dyrektorem i powiedział o swoich pragnieniach, wyraził chęć pracy i poprosił o zadania. Dyrektor, z niekrytym zniecierpliwieniem, polecił Człowiekowi: Nie mogę teraz z Tobą rozmawiać. Idź do administracji i pobierz Kwestionariusz 49. Kiedy go wypełnisz, wróć tu i pokaż. 
Człowiek ucieszył się z zadania.

Nazajutrz, po pracy, poszedł do administracji. Poproszę Kwestionariusz 49. Słucham?  ze zdziwieniem odparła pani z administracji. Chyba się pomyliłeś. Nie dostaniesz u mnie Kwestionariusza 49. Mam tylko Kwit 12. Poza tym klucze do gabinetów. Może zapytaj w sekretariacie. Zdziwiony człowiek wrócił do domu, bo sekretariat był zamknięty.

Następnego dnia, po pracy, poszedł do sekretariatu. Poproszę Kwestionariusz 49. 
Słucham? ze zdziwieniem odparła sekretarka. Trafiłeś w złe miejsce. Nie mam czegoś takiego jak Kwestionariusz 49. Czy jesteś pewien, że tak nazywał się dokument? Człowiek był pewien. Sekretarka zasugerowała, by udał się do kierownika kadr, którego zastanie dopiero następnego dnia. 

Po kolejnym dniu pracy człowiek poszedł do kierownika kadr. Poczekał pół godziny i dostał się do jego gabinetu. Poproszę Kwestionariusz 49. Chcę go wypełnić i być lepszym pracownikiem. 
Kierownik roześmiał się gromko. Kto kazał ci zdobyć ten kwestionariusz? - Sam Dyrektor naszej firmy! Przyniosę wypełniony Kwestionariusz 49 i będę bardziej przydatnym pracownikiem! odparł Człowiek. 
Kierownik z głupim uśmiechem na twarzy wyjaśnił Człowiekowi: Człowieku! Kwestionariusz 49 to ściema, coś takiego nie istnieje! Dyrektor kazał ci go załatwić, żebyś nie wystawał pod jego gabinetem przez kolejne dni. Zawsze tak robi, kiedy ktoś mu przeszkadza. Nabrałeś się. Wracaj na swoje stanowisko i nie wyrywaj się już więcej. 

Człowiek był pracownikiem firmy jeszcze wiele lat. Nigdy więcej nie starał się już o większą ilość obowiązków. Bał się, że znów go wyśmieją. Zawiódł się na firmie, zaczął dostrzegać więcej - więcej złego. Ale jeśli nie będzie się wyrywał to już więcej złe rzeczy go nie będą dotyczyły. 



Druhu Drużynowy, czy planujesz już obóz? 
Mam zadanie dla całej kadry podobozu, w którym będziesz.
Wsadźcie sobie bulbulatory w nos, wiaderka fazy na głowy
 i zastanówcie nad swoim postępowaniem.
Podobno bulbulatory w nosie poprawiają koncentrację.